16. Wspomnienie obozowe - Jordanowo-Lubrza-1984 (Chytry Lis)
Dodane przez Redakcja Monografii XIX dnia Lutego 18 2021 19:18:47

„Chytry Lis” [hm. Adam Rząsa] uczestniczył w obozach XIX przez prawie ćwierć wieku i przyjmował do Kręgu Puszczańskiego nowych członków. Jego wspomnienie z obozu stałego Szczepu Lotniczego „Słonecznych Dróg” w Jordanowie w 1984 r. wydane w formie niewielkiej broszurki znaleźliśmy niedawno w Archiwum Komisji Historycznej.

[Archiwum Komisji Historycznej Chorągwi Krakowskiej ZHP, A. Rząsa, Wspomnienie obozowe, Wrocław 1993.]

Komendantem tego obozu był hm. Krzysztof Pawluś, komendantką podobozu harcerek phm. Aleksandra Bryksy, a kwatermistrzem hm. Kazimierz Dziedzic.

 

Wspomnienie obozowe [Jordanowo-Lubrza - VIII 1984]

 

Wsiąść do pociągu, byle jakiego, nie dbać o bagaż, nie dbać o bilet...” – nie do byle jakiego pociągu – panie kolejowy ‒ lecz do pociągu „na” Zieloną Górę, z bagażem zadbanym i z biletem.

To tylko w piosence wydaje się łatwe i proste, ale w rzeczywistości – to nie tak!

To co było i obecnie winno być łatwe, zrozumiałe, proste w załatwieniu dla harcerki-harcerza w wieku 15‒17 lat, jest obecnie zawiłe, często niezrozumiałe i trudne do załatwienia dla instruktora z wieloletnią praktyką, a co dopiero dla nastolatka – by załatwić do końca sprawy zwykłego obozu harcerskiego.

Ile zachodu i to w godzinach pracy – godzinach przedpołudniowych, kiedy harcerz-harcerka winni być w szkole, a starsi czyli instruktorzy – w pracy.

Ile samozaparcia nieraz potrzeba, by przebić się przez tę twierdzę przepisów i urzędników (raczej urzędasów!), ten tylko to zrozumie, kto koło tych spraw obozowych chodził! – Kiedy te „papierzyska” zostały złożone i zaspokojeni urzędnicy mogli je do teczek układać i ujmować w sprawozdania, to jeszcze Komendant musiał porozmawiać z rodzicami, bo przecież wypadało i należało ich poinformować, jak to ten obóz będzie wyglądał i podać, że na tym obozie też sami będziemy gotować, jak i na poprzednim obozie. Rodzice jednak stwierdzili, że to może dla nich nie tak bardzo ważne, że daleko, że nad jeziorem i że do miasta i PKP-PKS daleko, tylko to gotowanie – „samogotowanie” czego w harcerstwie przecież już zaniechano!

Tak moi państwo, wiele poprzednicy zaniechali w harcerstwie, bardzo wiele – informował Komendant. Niektórzy z rodziców nadal twierdzili: „Ale jak te dziecięta dadzą radę gotować same i na tyle osób, a przecież nas stać opłacić kuchtę – dobrego kucharza i pomoc – proszę pana...?” „To nie w tym rzecz – tłumaczył „Wierny Kot” [hm. Krzysztof Pawluś] – to jest obóz harcerski – po prostu musimy przygotować młodzież, a tym bardziej harcerki i harcerzy do jakiejś samodzielności – to nasze zadanie… Musicie, drodzy rodzice, wierzyć w swe pociechy, że one dużo potrafią i umią-umieją. One oczywista będą i muszą odpoczywać, ale przez pracę – to harcerska metoda, harcerskie zadanie, harcerska służba!” – powtarzał.

Na miły Bóg! – to się im do życia i w życiu przyda” – przekonywał. Ktoś z rodziców nadal utrzymywał, że te formy, metody, sposoby w wielu drużynach nie są stosowane – panie Krzysztofie. „No, tak – wygodniccy to od wszystkich form harcerskich, puszczańskich – za cenę wygody i grosza – uciekają. To proste, wygodne, ale nie harcerskie!” – dodał.

Zresztą… – sam też zaczął się łamać – a jak nie wyjdzie? – za co ja mam łeb nadstawiać? Cierpieć?”

– „Dlaczego ja? – W imię czego? – A inni to?... Eeee!”

Wszędy nas pędzi, wszędy gna harcerska dola – harcerska dola – no dobra” ‒ mruknął do siebie samego.

Kiedy wreszcie te wszystkie sprawy związane z obozem zostały załatwione i „most” z bezpiecznymi i silnymi poręczami został przerzucony: urzędy, KCh, KH, rodzice, szczep, uczestnicy – to Komenda Obozu, ten zespół społeczników – mógł realizować swe plany, wprowadzać je w życie.

No to wio! – a kłopoty z rozliczeniem to po obozie łeb pęknie!

Komendant całości – „Wiemy Kot” – jeszcze dopina cały szkielet Komendy – wszelkich służb z zastępowymi włącznie. Oboźny „Wilk Biały” [pwd. Piotr Pawluś] – to serce obozu. Głowa obozu tj. Komendant nie musi zawsze być, „wyszedł”, a oboźny musi być by obóz żył! – To nie gwizdający osobnik! Pamiętam na jednym z obozów śpiewaliśmy taki kuplet: „A nasz oboźny – druhu, oczywista – kupił sobie gwizdek, jak kolejarz śwista...”. Ten „gwizd” oboźnego muszą rozumieć i ci, którzy po raz pierwszy na obozie go słyszą, jak i ci, którzy go już nieraz na obozie słyszeli. Wszyscy muszą rozumieć i gwizdek, i oboźnego. Jak się później okazało, miał nasz „Biały” trochę kłopotów z niektórymi, którzy nie chcieli słyszeć i respektować gwizdka, czyli po prostu rozkazów oboźnego. No, bo na obozie – i moi harcerze, i nie moi, i inni, i swoi, i obcy – a nim się to bractwo zgrało, to musiał oboźny kawałek swego serca w to „wtulić”. Patrzyli w to „Serce Obozu” wszyscy i czasem się wydawało, że jakoś nie bije rytmicznie, że choruje, a Ono to „Serce Obozu”, czyli Oboźny „zgrywał” się ze swoimi i obcymi, z wysokimi i niskimi, grubymi i cienkimi, szerokimi i wąskimi i ze wszystkimi bez względu na stopień, funkcję, wiek – bo niby na tym Obozie byli wszyscy jednakowi – ale każdy był inny!

W sumie swego dokonał – Wiara się zgrała.

Fajnie! – On był z Zespołem, a Zespół był z Nim!

Za harcerki była odpowiedzialna – „Foka Odpowiedzialna” [phm. Aleksandra Bryksy wędr.], a kwatermistrzostwo w swe ręce wziął ‒ „Żółty Buk” [hm. Kazimierz Dziedzic]. Kwatermistrz przez wielkie „K” – znający swój fach i nie tylko – po prostu instruktor harcerski z długoletnią praktyką, a też przepustką z domu i urlop z pracy miał załatwione, Bogu dzięki. Bogu dzięki, swoją drogą, ale i dzięki Jemu, że wziął ten ciężar na Swe „bary”. Z nim „Koziorożec Rycerski” [pwd. Piotr Żmudka ćw.] i „Cyrulik” [pwd. Tomek Jaroszewski potem hm. i kdt szczepu „Puchacz Pewny”], a coś tam się jeszcze dobierze na Obozie. Ważne też, a nawet bardzo ważne, że „kobyła” będzie, bo to ani prowiantu, ani „czegoś tam” na grzbiecie się nie będzie nosić. Chociaż złośliwość rzeczy martwych nie ma granic i gdy to „bydle” zupełnie nawaliło, były przypadki, że chleb trzeba było przynieść w plecakach.

Jeszcze opiekun duchowy – kapelan phm. „Pogodny Orlik” [Marian Orczykowski] oraz Opieka Sanitarna i Opieka Wodna.

Kiedy już było prawie wszystko ustawione, zapadła decyzja, odpowiedzialność za Obóz została przyjęta, jak przystało na harcerzy i instruktorów – od Zastępowego w „górę”.

Jesteśmy gotowi tą Służbę pełnić!

Załadunek i jesteśmy (jesteśmy, bo i ja się też przytuliłem do całości) w pociągu do Zielonej Góry (dopiero teraz jesteśmy w pociągu), a później w PKS-sie, by dojechać i dojść ostatecznie do jeziora, czyli nad Jezioro Paklicko Wielkie w rejonie Jordanowa i Lubrzy (Pojezierze Lubuskie).

W pociągu w czasie jazdy śpiew jakoś nie wychodził. Kierownictwo cechowała jakaś cicha powaga, że już ma się na barkach coś co funkcyjnego harcerza zobowiązuje.

Zresztą wszyscy po pożegnaniu z rodziną zrozumieli, że „wylecieli z gniazda” i to powodowało pewnego rodzaju zadumę, a i pytanie: Jak to będzie dalej?

Później po „pierwszym uderzeniu” dało się słyszeć powolne i z cicha śpiewane pieśni, które dodawały pewności i otuchy: „nie masz to jak na wycieczce... piecuch niech się mamy trzyma... lecz do tego od razu, oj od razu – skautem się urodzić trza... – nam trud nie straszny ani znój... – bracia skauci dosyć kurzu...”.

Przypominało to trochu śpiew żołnierzy jadących na front, którzy śpiewali „jak to na wojence ładnie...”, nie wierząc w to wcale! Większość jechała pierwszy raz w „TO” nieznane!? Oczywista – Grupa Kwatermistrzowska – to tak ładnie się nazywa, a w rzeczywistości to zastęp-grupa robocza, która załadowuje sprzęt, wyładowuje, stawia namioty, haruje – by ci którzy przyjadą mieli już jakieś lokum, mieli już „początek”. To też novum w harcerstwie – czy potrzebne?

Szczęśliwie bractwo dojechało, ale o „łaskę” trzeba było prosić kierowcę, by jeszcze parę kilometrów dojechał, podtaszczył (po pertraktacjach dojechał).

„– Panie, mnie nie wolno, mnie ukarzą, ja tylko do skraju lasu!” – Gadanie, tak jakby to były dzieci nie polskie (chociaż nie polskie chyba by pod same namioty wozili), a PKS nie był placówką usługową dla społeczeństwa, do jasnej wściekłej pchły!”

Bardzo ciężko było tę „Grupę” z manelami na plecach i w rękach dociągnąć do Obozu. Ta bezduszność i łaska jaśniepańska dała się bardzo odczuć – to bolało (a o to gdzie to „załatwienie” wtulić – będzie się martwił Kwatermistrz – dobrze mu tak!).

Na miejscu namioty stały, zostały przydzielone miejsca, zaczęło się „meblowanie”, wnoszenie łóżek polowych, materacy – zaczęło się bractwo urządzać, aż nadeszła (sama!) noc i trzeba było się umyć, coś „przetrącić”, czyli zjeść i spać.

Ta pierwsza obozowa noc była piękna, a niebo przez korony drzew wyglądało jak czarne sito podziurawione świecącymi gwiazdami. Mimo zmęczenia nie wszyscy spali – ciekawił ich ten pierwszy obozowy wieczór – dumali, aż zmorzył ich sen. A o czym śnili?

Przyjrzawszy się temu bractwu, wszystkim obozowiczom Harcerkom i Harcerzom, których część ledwo powąchała harcerstwa, a już jest na Obozie, no i tym co już obozowy chleb „gryźli” nie pierwszy raz – wydawało się, że ciężko będzie ten miesiąc z nimi przeżyć? Przeżyć to pestka – ale przeobozować, ale pełnić służbę wspólnie – razem!? Jednak okazało się (zresztą nie po raz pierwszy), że to Harcerskie Puszczaństwo zespala, jednoczy i dodaje sił, tym bardziej jeśli po temu jest właściwa atmosfera, którą na tym Obozie stworzyli Zastępowi, Kwatermistrzostwo, Oboźny, Kapelan, Lekarz, Ratownik, Toń-ku [phm. Antoni Kwarciak] i „Chytry Żubr” [hm. Leszek Watycha] – mimo że dojechali (do tałatajstwa się nie przyjeżdża!) – no i Komendant.

To puszczańskie odosobnienie, z dala od rodziny, domu, tworzy rodzinę w Zastępie, w tej najmniejszej grupie obozowej – powoduje jej tworzenie, umacnia jedność w Zastępie, by wspólnie przeciwstawić się i odosobnieniu, i samotności, i siłom przyrody – by wspólnie nie przetrwać – lecz przeobozować!

Te dwie cechy puszczaństwa – odosobnienie i walka wytworzyły w tej wspólnocie obozowo-harcerskiej tę trzecią cechę puszczaństwa, tj. miłość, do przyrody, do tego co nas otacza, w czym i czem żyjemy, do Boga Mistrza co te cuda uczynił i Panem się czuje wszelkiego stworzenia – do współobozowiczów, do współbraci.

To braterstwo łączyło ten nasz bratni – obozowy krąg. Prawdą też jest, że wyjątki wypadały z tego „kręgu”, ale gdzie drzewo rąbią, tam drzazgi lecą!

Zaufanie zostało zbudowane i ci młodzi podwładni uwierzyli wszystkim przełożonym, uwierzyli w przyjaźń i braterstwo, gdyż wiedzieli i widzieli, że... jedną drogą dziś wszyscy idziemy – jedną drogą bo...

To dawało pewność, że kierunek dobry, że idzie, że dajemy wszyscy radę, że to wszystko „szło” tak u dziewcząt jak i u chłopców – fe! – Harcerek, Harcerzy! Jednak... „Szare namiotowe płótna łączą nas i to jasne niebo...”

A ta pierwsza połowa Msza św. na łączce-polance, gdzie pokrzywy, niskie krzewy i potężne sosny, brzozy rosły, skąd i piach, i jezioro widać, skąd popatrzywszy w górę, sięgasz wzrokiem w nieskończoność, bezkresną dal, w „niebieskie niebo”. W takim to miejscu ustawił kapelan – „Pogodny Orlik” – często Ojcem Atamanem zwany (Ojcem kapucynem jest, a atamanem, bo jest ze wschodu!) skromny krzyż i ołtarzyk z deski – tuż przy pokrzywach.

I na tym placyku, my – stojący w pokorze, biorący udział w tym Wielkim Misterium Mszy św. – na cześć i chwalę Boga Mistrza, co te cuda uczynił i Panem się czuje wszelkiego stworzenia, całego wszechświata gdzie my mali zgrupowani przed Tobą Panie, winy nasze składamy, prosząc o łaskę i pomoc.

W tej uroczystości nasz kapelan – „Pogodny Orlik” jak pośrednik między nami a Ojcem Niebieskim łączył nas byśmy mogli prosić: „O Panie Boże Ojcze nasz, w opiece Swej nas miej, harcerskich serc Ty drgnienia znasz...” i że krwią rozpoczęte dzieło Ojców Naszych, my trudem życia codziennego...

Mimo, że nie było żadnego przymusu i nacisku bycia na Mszy św., wszyscy, bez nakazu chcieli i bywali na Niej, jeżeli nawet trzeba było 6 km w jedną i 6 km z powrotem (razem 12 km) iść do Jordanowa! Takie to bractwo było nie świętoszki! Dodać należy, że do naszych harcerek i harcerzy (do naszego Obozu) „doślusowali” harcerki i harcerze z Zielonej Góry, tak że służba kuchenna musiała gotować posiłki na około 200 osób.

Służba w kuchni pracowała na zmianę – pełnili ją i Nasi, i z Zielonej Góry, i trzeba stwierdzić, że spisywali się dobrze, a posiłki bywały lepsze, jak gotowane przez zawodowego kucharza (np. w Suchych Rzekach).

Nieraz te „gęby”, ręce umorusane, ale buzie zawsze śmiejące, a jaka radość była jak „wyszło” wszystko i w czasie też. Dumne jak pawie – nie z pychy – lecz z sumiennie wykonanego obowiązku. Zresztą ta radość się udzielała – to była wspólna radość i tych, co „karmili” i tych nakarmionych.

Służba kuchenna niby oburzała się, jak ktoś „wlazł” do kuchni, a jeszcze nie od frontu, że nie wolno że... ale cicho akceptowali te wizyty, gdyż zawsze ktoś to co dobre pochwalił, a za złe ganił – które zaraz było usuwane.

Tego jedzenia i dobrego, i smacznego – mimo, że to są pojęcia względne – dużo zostawało: chleba z masłem, dżemem, serem, zup, ziemniaków itp. i to się dawało do tuczu!

– „No, ale druhu – ktoś pytał – jak to wyliczać? Zrobim po trzy kromki na «twarz» – raz zostaje, a raz braknie i to z takim samym smarowaniem? No kromka kromce nie równa, jedna przez środek okrągłego chleba, a druga od piętki. No tak, ale i druh druhowi też nie równy – bo jeden... – przerwał – walą już na obiad – słyszy druh jak ryczą?”

Gdy po ćwiczeniach wolny mamy czas, to do kucharza wszyscy idziem wraz...”, a inni „Kuchnia, kuchnia, dajcie nam jeść, żołądek piszczy...”.

Bodajście głodomory! – Niech żołądek piszczy, ale menażki muszą, muszą być czyste!!! Inaczej nie lejem! A zupa – niebo w twarzy!

Gwar cichnie – jeszcze słychać: smacz... pobłogosław Pa..., soli – chleba donieść!!!

No proszę popatrzeć na tego, co siedzi pod drzewem ‒ widzi druh, jak „układa”? Wpylił menażkę całą zupy, dołożył ziemniakami z paprykarzem, no i z mięsem, sałatki z zielonych pomidorów pół słoika i kompot, i proszę patrzeć – jeszcze „dożuwa” do kompotu jakieś ciastko z kieszeni – e e e... proszę nie liczyć – ja nie liczę, tylko gdzie on to zmieści? Meter pięć i szczypa, patyk!?... – Prawda, różnie bywa z tym jedzeniem na Obozach.

Po obiedzie cisza, a kuchnia dalej żyje i pracuje, i nikt nie psioczy! „Ja dziś mam służbę w kuchni” – taka informacja wyjaśnia wszystko nawet zwykłemu „cywilowi”, piecuchowi i każdej „łachudrze”!

Z tą „kobyłą”, tj. „samochodem dostawczym” ładnie nazwanym, były przez cały prawie Obóz, piekielne kłopoty – jak mawiał Komendant. Jednak „Pik” i „Cyrulik” rozbierali „toto” służbowo i z urzędu, do niczego, – czyi na śrubki i „ślipali” w „toto” całymi godzinami, głaskali, wycierali – sami brudni, niedospani i niedojedzeni. I jak „toto” złożyli, poskładali, poskręcali i że to w ogóle jeździło, a Oni w to siadali bez strachu i że „to to” było Im posłuszne?!

Chyba to była piekielna sprawa – czemu kapelan absolutnie zaprzeczał! „Jestem podharcmistrzem i księdzem i tu diabeł nie ma nic do roboty”! „Pik” i „Cyrulik” mają do tego nerwy – tylko dlatego, że to ta harcerska dola, że to ta harcerska służba Ich do tego mobilizuje – bo nic innego! Miał rację – kogo by na to było stać i kto by to zrobił nawet za „grubą forsę”? Na pewno nikt by się tego „nie chwycił”!

Oni, harcerze to robili! Rzadko spotykane i jeszcze w tych czasach!

Zresztą na tym Obozie od najwyższego tj. Komendanta przez wszystkie szarże, stopnie, funkcje, wiek, staż harcerski – w obcowaniu, w życiu obozowym – widać było to zaangażowanie (wyjątki się nie liczy, a takie były) – wszyscy razem czuli się i byli odpowiedzialni za całość! Po prostu każdy, każda – za każdego, za każdą, tak harcerki jak i harcerze.

Na Obozie to nie tylko praca, służba, odpoczynek – to i zdobywanie sprawności, stopni, to i – po spełnieniu warunków – przyrzeczenie. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że tu na obozie, w tym harcerskim środowisku, wśród „swoich” są wszelkie warunki i możliwości zdobycia harcerskich szlifów, harcerskich wiadomości. I tak było – cieszyło, jak to bractwo nawzajem się dokształcało z harcerstwa, jeden drugiego szkolił i pouczał, co dowodziło, że są ciekawi harcerstwa.

A tu wycieczka dwudniowa z Obozu ‒ ze spaniem pod chmurką (traperska noc). Pierwsze „takie coś” u niejednego w życiu. Jak ci „juniorzy” patrzyli na tych starszych harcerzy z doświadczeniem, na swych zastępowych – szli pewni, bo i Oni idą, a idzie też Komendant, Tońku i jest ich trzech, to tak ma być, to tak jest dobrze (jest dobrze nam!). Na miejscu po kolacji posiedzimy przy ognisku: „Pośpiewamy?”. Nie wytrzymali – serce rade, ale powieki tak ciężkie, że oczy same się zamykają, a gardło dźwięku nie wydaje, głowa pełna wrażeń sama się kładzie na trawie. – Nie da rady – to przecież normalne, prawidłowe, zwyczajne, tu siłą się nic nie zrobi!

W marszu powrotnym (różne grupy, szły różnie), tubylcy z podziwem i uznaniem patrzyli i dziwili się: „Że im to się chce?”, bo przecież PKS. I pytali: „Panie, ta po co te dziecięta tak marnią się piechotą?”. Nas trzech pytali: „Ile my za to bierzemy?”. Nie uwierzyli w bezinteresowność: „Panie, czy dziś jest coś za Bóg zapłać albo za dziękuję? – „A wam jak tu się żyje?” – my pytali. „Ta panie, ta my zza Buga – ot żyjemy” ‒ i milczeli.

Po powrocie widać było, że chłopcy byli dumni z siebie – my też z nich!

A pasowanie na harcerza? Ten przemarsz w pojedynkę, w noc ciemną, deszczową przez las – kawał drogi. Nikt się nie wycofał, choć serce waliło młotem i przecież trema była – jednak odwagi dodawał fakt, że ktoś do kogo ma się zaufanie, tym kieruje. Bo potem, już razem „w kupie” znosić wszelkie „tortury” i jeść wymyślne jadła – to fraszka, to pestka – bo razem.

Przeżywali to radośnie i czuli się z każdym dniem obozowania coraz silniejsi, pewniejsi, sprawniejsi, odważniejsi – po prostu – tacy harcerscy.

A ta nocna wyprawa w bunkry, w lochy, w poniemieckie forty – słota, błoto (ładny kram!), a my tym słabo utartym szlakiem ciągniemy. Coraz ciemniej się robi: mokrzej, aż wreszcie dochodzimy gdzieś do „szkarpy” i po zejściu z niej, wchodzimy do bunkra, a potem 120-toma schodami w dół... i komory, schrony, jakieś pomieszczenia, korytarze, to w prawo, to w lewo, to uwaga, bo studnia – robi się chłodno, a wreszcie dochodzimy do właściwej komory.

Tu ołtarzyk, dekoracja, świece oświetlają to pomieszczenie – i krótka inscenizacja, wiersze przypominające i wspominające Powstanie Warszawskie – walkę harcerzy o wyzwolenie narodowe. Jest i nasz kapelan, który razem z nami wznosi modły do Ojca Naszego i Królowej Polski o wieczne szczęście dla Tych, którzy w tej wielkiej sprawie życie oddali, którzy pełnili służbę Bogu i Polsce, którzy zrealizowali w całości Hymn Harcerski „Wszystko co nasze, Polsce oddamy...”. Oddali wszystko, z życiem włącznie.

Tę malutką uroczystość cechowała jakaś cisza, dziwna zaduma – cisza mimo śpiewu?... Bo głęboko w sercach była przeżywana ta uroczystość mała w takiej scenerii, przy takiej marnej pogodzie i z kiepskim dojściem – tak Wielkiej Sprawy.

Dawało to jednak do zrozumienia, że tej sprawy – „jak droga z Obozu do tej właściwej komory” ‒ za jednym przejściem nikt jej nie pozna!

Powrót do Obozu ciężki, długi, ale szczęśliwie wszyscy dotarli do bazy.

I wspominało by się tu o ćwiczeniach nocnych z budową szałasów, o ogniskach za których przygotowanie były Zastępy odpowiedzialne, o służbie wartowniczej dziennej i nocnej, o kąpieli porannej (600) w jeziorze, o wstawaniu, myciu, spaniu, o tym jak przeżywali Obóz – ten Obóz. Tomki, Grześki, te: Adamy, Przemki, Togo, Sierżant, Towo, Irki, Jarki, Rybaczek, Artki, Czarny, Grzybiarz, Szwed, Darki, Janki i Jany, Ryśki, Jurki, Marki, Jacki i... i wszyscy – wszystkie, uczestnicy i uczestniczki tego Obozu.

Tego wszystkiego z obozowego lata – 19 KLDH, Szczepu „Słoneczne Drogi”, nad Jeziorem Paklicko Wielkie (Pojezierze Lubuskie) w 1984 roku. O każdej i o każdym nie da się napisać – to jest niemożliwe, gdyż każda i każdy osobiście to inaczej przeżywał.

Może tu i o dziewczętach – fe – Harcerkach mało (na pewno osobiście o Nich bardzo mało!), ale te wszystkie wielkie i małe Obozowe sprawy też i Ich dotyczą!

Harcerki nie były inne, tylko inaczej te sprawy wykonywały, przeżywały, robiły – ot tak po swojemu – jak Harcerki!

Z podziwem należy patrzeć i ocenić Ich zapał, pracę w Obozie, w kuchni, w terenie, w lesie – bo były wszędzie, a czasem „urosły tam, gdzie Ich nie posiano”! Ale to też przecież normalne i zwyczajne – „jak to dziewczyny”!

Sam udział w Obozie (oczywiście za zgodą Ich Rodziców), że się zdecydowały, że wyjechały – to już świadczy o postawie dziewczyny jako harcerki!

Ich radość, śpiew (harcerki jak tylko chcą, to zawsze lepiej śpiewają), uśmiech – dodawał uroku obozowemu życiu... No bez przesady – druhu! Tak, o ile w tym wszystkim nie było przesady! A czasem...

Na pewno te następne Obozy będą inne, z tym zdobytym doświadczeniem, z tą zdobytą praktyką, z nowymi sprawnościami i stopniami…

A po latach, które przeminą, zostanie harcerski krzyż... i wspomnień rój z ubiegłych lat!

Dla wszystkich Harcerek-uczestniczek, oraz Harcerzy-uczestników tegoż Obozu (VIII 1984 r.) wspomnienie to poświęca i zapisał

Chytry Lis

Rzeszów, w dniu świętego Jerzego 1985 roku