Marca 02 2024 22:21:07
Nawigacja
Logowanie
Nazwa użytkownika

Hasło



Nie masz jeszcze konta?
Zarejestruj się

Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło
Nawigacja
Artykuły » Obozy, kolonie i zimowiska XIX - 1957-1967 » Obozy XIX - 1961.08.14-29 - Bieszczady - Wysokie Tatry
Obozy XIX - 1961.08.14-29 - Bieszczady - Wysokie Tatry

1960 <<< Obozy, kolonie i zimowiska XIX >>> 1962

 Rok 1961 (tabela obozów, kolonii i zimowisk) <<< >>> Kronika XIX (rok 1961)


Obóz wędrowny - Bieszczady - Wysokie Tatry (14-29.08.1961) - 19 KDHL im. Żwirki i Wigury

Uwaga dot.dat: W relacjach i dokumentach przewijają się dwa terminy: 15-31.08.1961 lub 14-29.08.1961. Bazując na tym jakie daty w książeczce harcerskiej Tadeusza Kasprzyckiego, wpisał Marek Kudasiewicz, oraz na relacji w "czerwonej kronice", wychodzi nam że wyjazd z Krakowa był 14.08 - nocnym pociągiem - a powrót 29.08. 

Komendant: phm. Marek Kudasiewicz, Oboźny: pwd. Andrzej Jastrzębski, Kwatermistrz: Bogdan Poniży ćw.

TRASA:

- Bieszczady: Komańcza - Duszatyn - Chryszczata – Przełęcz 816 - Jaworne- Wołosań - Cisna - Wetlina - Dział - Wielka Rawka - Ustrzyki Górne - Tarnica - Krzemień - Halicz - Bukowe Berdo - Połonina Caryńska - Berehy Górne - Połonina Wetlińska - Smerek - Kalnica - Cisna - Jabłonki – Zagórz;

- Wysokie Tatry: Łysa Polana - Tatranska Łomnica - Strbske Pleso - Smokovec - Tatranske Matliary - Łysa Polana.


>>> album w fotogalerii Monografii XIX [skany stron kroniki oraz fotki T.Kasprzyckiego]


W lecie drużyna wyjechała na obóz wędrowny „Bieszczady – Wysokie Tatry”, o którym tak napisał komendant obozu: 

(...) Tak jak na podkrakowskich wsiach w ciągu całego roku, tak teraz na dzikich bieszczadzkich połoninach rozbłysły żółte chusty, znak że 19-tka z Krakowa i tu dotarła w swojej pasji poznawania kraju. A że nogi bolały nieraz okrutnie, oczy zamykały się ze zmęczenia, to mimo przeciwności losu szliśmy uparcie, wytrwale. Dwa tygodnie minęły nie wiadomo kiedy. Pozostały wspomnienia, niezapomniane przeżycia, kilkaset zdjęć. Tak właśnie te zdjęcia opowiadają, Tobie czytelniku, historię tamtych przepięknych dni. Bieszczady i strefa konwencji turystycznej w ČSRS to tereny tegorocznej naszej letniej akcji obozowej. (...)

ow61


>>> album w fotogalerii Monografii XIX [skany stron kroniki oraz fotki T.Kasprzyckiego]

610815-31


[Relacja z pierwszej części obozu - w "czerwonej kronice" XIX]

 

Obóz wędrowny Bieszczady – Wysokie Tatry

Wstęp

Zachciało się nam wędrować! Oj, zachciało, zachciało!! Ale cóż można było poradzić, gdy zew włóczęgowskiej krwi nie dawał nam spokoju, a nocą w snach szczyty gór, dzikie ścieżki i pełne zwierza bory zjawiały się jak niedościgłe marzenia.

I stało się! Decyzja zapadła… odwołania już nie było.

Tak jak w podkrakowskich wsiach w ciągu całego roku, tak teraz nadzikich bieszczadzkich połoninach rozbłysły żółte chusty, znak że „19-tka” z Krakowa i tu dotarła w swojej pasji poznawania kraju. A że nogi bolały nieraz okrutnie, oczy zamykały się ze zmęczenia, to mimo przeciwności losu szliśmy uparcie, wytrwale. Dwa tygodnie minęły, nie wiadomo kiedy. Pozostały wspomnienia, niezapomniane przeżycia, kilkaset zdjęć. Tak właśnie te zdjęcia opowiadają, Tobie czytelniku, historię tamtych przepięknych dni. Bieszczady i strefa konwencji turystycznej w ČSRS to tereny tegorocznej naszej letniej akcji obozowej. Dla pamięci potomnych na kartach tej księgi przedstawiamy pierwszy wędrowny obóz 19 KDHL w rymie refrenu:

„Poprzez góry, połoniny upadając na nos,

Idziemy z ochotą czy słońce, czy błoto,

Taki nasz harcerski los.

Przejdą chwile narzekania, kilometry ścieżek, dróg,

A każdy w ukryciu, pomarzy by w życiu

Przyjść tu jeszcze kiedyś mógł”.

 

[Wstęp stworzył i zapisał komendant obozu phm. Marek Kudasiewicz]

610814


R o z d z i a ł I

Przedstawienie uczestników wędrówki

Zaczęło się całkiem niewinnie. Ot taki sobie obóz harcerski. Trasa jego nie była zbyt ciężka, ale tylko na mapie i w przewodniku. Gdy zasięgnęliśmy wiadomości u tych druhów, którzy mieli szczęście przejść tą trasę bez wypadku śmierci z przemęczenia, to nasz optymizm zniknął gdzieś nagle. Niestety było za późno, żeby się cofnąć z raz obranej drogi. Raz kozie śmierć a nie dwa.

Spakowałem tornister, pożegnałem z rozpaczą w sercu dom rodzinny i ze łzami w oczach, wspominając radosne chwile mego żywota, wyszedłem z domu.

610815


R o z d z i a ł II

Pierwsze dni marszu

Diabelnie ciężki tornister i namiot od pierwszych kroków zaczęły dawać znać o swojej obecności na mym grzbiecie. Myślę ja sobie, psiakrew, jeśli to tak dalej pójdzie, to pewna osoba będzie miała pogrzeb. No, ale idę i jakoś z pomocą niebios, i podtrzymywany myślą o pewnej osóbce dotarłem na dworzec główny, wsiadłem z innymi męczennikami do wagonu i ruszyłem w podróż. Jazda tym stworem, niesłusznie zwanym koleją żelazną, pełna była przygód i niespodzianek, To zawiało niebezpiecznie, to druhowie chorujący na pęcherz deptali po uszach itp. Nareszcie spragnionym naszym oczom ukazał się upragniony widok, końcowa stacja – Komańcza. Czy ziemia ta będzie dla nas przychylna?

W minorowych humorach stajemy na zbiórce w szeregu. W przeczytanym rozkazie dowiaduję się, „O dolo moja nieszczęśliwa!”, iż mam nieść „dom” na plecach jak ślimak. Byłbym się całkiem załamał, gdyby nie rozkaz wymarszu. Wyruszamy, a ja modlę się gorąco do Allacha, proszącgo o przychylność.

Droga od razu daje się nam we znaki. Pnie się stromo podgórę, a słońce grzeje nas w plecy. Po wielkich trudach i cierpieniach osiągnęliśmy szczyt. Po zejściu i przekroczeniu toru kolejowego oczom naszym ukazał się śliczny widok. Doliną, wśród dużych głazów płynęłarzeczka Osława. Wszyscy zwrócili oczy swe na pana naszego i władcę ‒ komendanta, pierwszego po Bogu – M. Kudasiewicza. Ów człowiek zdecydował wreszcie, iż należy odpocząć i spożyć dary Boże.

Komendant, podczas gdy my moczyliśmy nogi, robił zdjęcia. Skończyło się leżenie bykiem i ruszamy w dalszą drogę. Na trasie rzeczka Osława – Jeziora Duszatyńskie nie przytra5ło się nic interesującego. Na dziś zostało nam „tylko” Górne Jez. Duszatyńskie i Chryszczata – 990 mn.p.m.

Po odpoczynku fizycznym i duchowym ruszyliśmy w dalszą drogę. Górne Jezioro Duszatyńskie jest bardzo pięknie położone wśród zalesionych stoków górskich. Okrążyliśmy je i pod wpływem nagłego przypływu energii z furią zaczęliśmy się wspinać pod Chryszczatą. Góra ta słynna jest z walk z bandami UPA. Na jej stokach znajdowały się główne punkty oporu banderowców oraz cały sztab UPA. Do dnia dzisiejszego widać ślady toczących się tam walk. Można zobaczyć drzewa zupełnie posiekane pociskami z karabinów maszynowych, resztki okopów i bunkrów.

Po około jednogodzinnej męczarni wyszliśmy na szczyt. Na jednej stronie znajduje się polana, z której roztacza się wspaniały widok na okoliczne szczyty gór. Jak się okazało, przewodnik turystyczny łże jak pies, gdyż na szczycie ani nigdzie w pobliżu nie ma wody. Zrezygnowani rozbiliśmy biwak. Po zjedzeniu suchej kolacji położyliśmy się spać, dysząc suchymi gardzielami i dopiero co przełkniętym diabelnie słonym gulaszem wołowym. Tak zakończył się pierwszy mój dzień wędrówki w Bieszczadach. Oby następne były lepsze.

Noc była makabryczna dla mnie. Krzysiek pchał się w sposób niemożliwy do zniesienia. Spałem spłaszczony jak naleśnik na ścianie namiotu. Po tej koszmarnej nocy ranek wstał piękny i pogodny. Popobudce o 8.30 musiałem jako instruktor WF przeprowadzić poranną gimnastykę. Wzbudziło to wiele wspomnień z kursu instruktorów WF. Otrząsnąłem się z marzeń.

Po gimnastyce i zlikwidowaniu biwaku o suchych gardłach i głodnych żołądkach opuściliśmy niegościnny szczyt Chryszczatej. Po godzinnym marszu dręczeni strasznym pragnieniem dotarliśmy do przełęczy 816. Tam znaleźliśmy wodę. Podła czarna kawa ugotowana przez zastęp służbowy wydała się nektarem godnym bogów Olimpu. Po śniadaniu ruszyliśmy dalej. Podchodzących pod Jaworne 1001 m złapał deszcz. Trochę przemokliśmy, ale w porę naciągnięte peleryny uratowały nas przed całkowitym przemoczeniem. Z Jawornego poszliśmy na przełęcz,a następnie na Wołosań ok. 1070 m. Z Wołosania szlakiem do szosy w Habkowcach i po półgodzinnym marszu pięknie położoną szosą znaleźliśmy się w Cisnej. Cisna to taka dziwna dziura wczasowa. Jest jeden sklep doskonale prosperujący dzięki dużej ilości kupowanego tu przez robotników wina. Wieczór spędziłem na pisaniu tych wspomnień, uzupełnianiu ich oraz pisaniu kartek do „narzeczonej w kraju”.

Noc w Cisnej spędziliśmy spokojnie. Dzięki gościnności cioci jednego z druhów spaliśmy na sianie. Drogę z Cisnej do Wetliny przebyliśmy autobusem. Jechało się wspaniale. Chwila postoju, doładowujemy „żyro”. Tornistry są coraz cięższe. Andrzeja Ciechanowskiego waży już 38 kg. Ale to nic.

Komenda „rynsztunek włóż” poderwała nas na nogi. Diabelnie ciężki tornister (10 puszek konserw + dodatki) zaczął ciążyć nieznośnie. Już pierwsze podejście do góry tak nas wykończyło, że zmuszeni byliśmy odpocząć i zjeść coś niecoś. Podchodziliśmy na Dział – różnica poziomów 500 m. Następnie Działem, przez Małą Rawkę wydrapaliśmy się na Wielką Rawkę 1300 m. Piszę wydrapaliśmy się, ale to „drapanie” trwało ładnych parę godzin. Z Wielkiej Rawki mieliśmy w 2 godziny zejść do Ustrzyk Górnych. Gdy zaczęliśmy schodzić, przekonaliśmy się, co to sąprawdziwe Bieszczady, przyroda rządzi się tutaj sama, chociaż człowiek coraz bardziej wkrada się ze swoją cywilizacją, drogami, samochodami itp. Las, przez który schodziliśmy w dół, był naprawdę dziewiczy. Drzewa zwalone przez wiatry lub padłe ze starości leżą tak aż spróchnieją. Droga ta na długo utkwiła mi w pamięci. Nogi zapadały się w gęste poszyciei co chwilę potykaliśmy się na zwalonych, a niewidocznych drzewach. Po nieomal trzygodzinnej wędrówce, gdy nie widzieliśmy celu, musieliśmy odpocząć. Zbliżała się noc. Było już prawie ciemno. Zdecydowałem się iść przodem aż do skutku. Szedłem tak około pół godziny, gdy chcąc przejść ogromny zawalony pień drzewa, wszedłem nań i nagle wpadłem niemal po pas w próchno. Koledzy byli ogromnie zdumieni, a ja naturalnie także. Nie było jednak czasu na dłuższe zdumienie. Musieliśmy iść dalej. W pewnym momencie wyszliśmy na polankę otoczoną wokół gęstymi krzakami. Wychodząc ze słusznego założenia, że należy iść naprzód, ruszyłem sam. Reszta obozu czekała na rezultat mojego zwiadu. Udało się, wyszedłem niemal na samą drogę prowadzącą do Ustrzyk Górnych. Po krótkim marszu zatrzymaliśmy się na biwak. Zmęczeni szybko zasnęliśmy.

610815


R o z d z i a ł III

W samym sercu „Dzikich Gór”

Dzisiaj (18 VIII) wstaliśmy bardzo późno – ale to nic – więcejsiły i energii. Przed nami długa droga lecz bez tornistrów. Wymarsz nastąpił około godziny 12.00. Naturalnie przez pół godziny błądziliśmy prowadzeni przez doświadczonego „bieszczadowicza” – Staszka. Z przykrej sytuacji wyprowadza nas przy pomocy mapy drużynowy. Idziemy czerwonym szlakiem prowadzącym przez kilka szczytów wprost naHalicz. Tempo niepokojąco wzrasta i mimo propozycji nakarmienia węglem komendanta wcale nie spada. Jedyny plecak z „żyrą” co półgodziny ugniata inne plecy. Opuszczamy las i wychodzimy na połoniny.Tam deszcz i wiatr uszczęśliwia nas do reszty. Ubraliśmy się we wszystko,co mieliśmy. Komendant włożył nawet rękawiczki. 1269 m to Szeroki Wierch. Tam zastrzyk kalorii w postaci czekolady. Tarnica to następnyszczyt. Romek zawzięcie pstryka zdjęcia z zakrytym obiektywem, nie przez oszczędność, a dlaczego – nie wiadomo. Tarnica – strome zejście– źródło – radzieckie „kambały” z chlebem. Po posiłku ruszamy w dalsządrogę. Tarnica to najwyższy szczyt w Bieszczadach ‒ 1348 m – imponujący pagórek. Wreszcie naszym oczom ukazał się Halicz ‒ cel naszej dzisiejszej wędrówki. Chłopaki idą dzielnie. Pogoda różnie. Wreszcie Halicz – wizja 4 szubienic z czasów UPA ( patrz "Łuny w Bieszczadach" ), daleki widok wsi rosyjskich. Opowiadanie o nocnych światłach Lwowa, kilkazdjęć i na dół. Wiatr pomaga bardzo dzielnie. Zaczyna się odwrót przez postrzępiony Krzemień, Bukowe Berdo, Widełki. Wreszcie schodzimy szosą do Ustrzyk.

200818


R o z d z i a ł IV 

Na połoninach

Dziewiętnasty dzień każdego miesiąca to „imieniny drużyny”. W związku z taką uroczystością śniadanie zostało decyzją „władz najwyższych” wzbogacone szynką „Polish heat!”. Pogoda śliczna.

Imieninowy rozkaz (L. 6.) nastraja optymistycznie (uroczysta uczta na konto dha kwatermistrza) i bojowo (cytat: …w związku z uroczystością ogłaszam „Igrce wesołe”, których pierwszą częścią będzie podejście na Połoninę Caryńską…).

Niektórzy zasłużeni druhowie otrzymują podarunki (całodzienne prawo niesienia namiotów) i ruszamy…

„Serce Bieszczad” – Ustrzyki Górne opuszczamy z żalem. Pięknie tu, cicho, można w spokoju podumać… a poza tym to „zwrotny punkt” naszego obozu i od tej chwili będziemy krok za krokiem zbliżać się do Krakowa.

Taki los łazików! Zew szlaku wzywa nas i nie ma na to rady. Może za parę lat, gdy serca włóczęgów znowu nas ściągną na Bieszczadzki Szlak, ujrzymy tu miasto w całym tego słowa znaczeniu? Czasy dzisiejsze czynią cuda. Napchani szynką i filozoficznymi myślami, pniemy się na Połoninę Caryńską. Upał, upał…

Widoki, jakie rozpostarły się wokoło, nie znajdą „literackiego” odpowiednika w tej księdze. Chcesz czytelniku tych słów odetchnąć świeżym powietrzem, nasycić oczy pięknem, pakuj manatki i przyjedź tu na połoniny.

Niestety zaczyna coś nawalać pogoda. Jakieś chmurki, obłoczki i powoli błękit nieba się kończy. Nadchodzą stratusy, a więc w planie – deszczu lanie! Tempo! Tempo!

Zaczynamy schodzić w dół, ale ileż to kilometrów będziemy schodzić.Robi się ciemno, zimno, ale nie pada. Szybciej.

Wreszcie Berehy Górne, kolorowy drogowskaz PTTK, wojskowy obóz na stoku góry. Kwatermistrz zaczyna zakupy w miejscowej spółdzielni, reszta maszeruje do doliny Nasiczniańskiego Potoku.

Szukanie miejsca na biwak. Komenda wykonuje (z braku odpowiedniego równego miejsca) skomplikowane prace ziemne.

W nocy ciszę mącą pijackie ryki. Znak, że to już kraj cywilizowany. Myśl dla potomności: Dlaczego wraz z napływającymi ludźmi musi napłynąć także „Jabcok” (á 14 zł butelka).

Niedziela 20 VIII 1961 r. Stajemy na granicy Republiki Wetlińskiej. Mimo mgły i deszczu stoimy i czekamy na wizy wjazdowe. Gdy nasza 3-osobowa delegacja (z proporcem i czekoladą) dotarła do władz republiki z wiadomością o przybyciu „19-tki”, sam brodacz ‒ dh Biedrzycki Wojtek (3 KDH), nie robiąc sobie nic z „psiej pogody”, wyszedł po nas z odkrytą głową do granic republiki.

Mili byli gospodarze, miłe były chwile na wspólnym barłogu, miły był widok z latryny, ale najmilszy był pies wszechczasów „Owsik” rasy vetlinus maximus vulgaris.

Uwaga: ponieważ wspominamy tu zwierzaki charakterystyczne, trzeba wspomnieć o byku w Berehach Górnych, który stanąwszy na moście na godzinną kontemplację byczych problemów, wstrzymał 3 obozy (w tym i nasz) w marszu. Na wszelkie dyskusje i problemy przez nas poruszane schylał łeb i z dzikim spojrzeniem ruszał na dyskutanta. Dopiero stacjonująca jednostka wojskowa w Berehach usunęła nieprzyjaciela!

610819


Dalsza relacja z obozu ma charakter fotorelacji z krótkimi komentarzami.

>>> album w fotogalerii Monografii XIX [skany stron kroniki oraz fotki T.Kasprzyckiego]

 


.

Komentarze
Brak komentarzy. Może czas dodać swój?
Dodaj komentarz
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
8,907,130 unikalne wizyty