Grudnia 06 2022 18:28:04
Nawigacja
Logowanie
Nazwa użytkownika

Hasło



Nie masz jeszcze konta?
Zarejestruj się

Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło
Nawigacja
Artykuły » - Co o XIX mówią/piszą/wspominają inni i my sami ... » 10. Moja przygoda z SB (hm. Krzysztof Wojtycza HR - Krakowski Rocznik Historii Harcerstwa)
10. Moja przygoda z SB (hm. Krzysztof Wojtycza HR - Krakowski Rocznik Historii Harcerstwa)

(uwaga redakcyjna) W latach 70-tych i 80-tych kadra XIX stanowiła znaczną część, a okresowo nawet większość członków Instruktorskiego Kręgu Puszczańskiego "Czarnego Dębu". 

 


(Krakowski Rocznik Historii Harcerstwa, t. VI 2010, s. 58-61)  

 


hm. Krzysztof Wojtycza HR   „Samotny Kozioł”

 

Moja przygoda z SB

Poza oficjalnymi strukturami działała na terenie krakowskich hufców tzw. rodzina puszczańska. Idea ta trafiła do środowiska instruktorskiego za pośrednictwem phm. Adama Rząsy „Chytrego Lisa”, instruktora i byłego hufcowego z Rzeszowa. On to jako wódz działającego tam Totemowo-Puszczańskiego Instruktorskiego Kręgu „Czarnego Dębu” (nazwa od 1966 roku) rozszerzył jego działalność na instruktorów krakowskich, głównie z hufców Kraków-Zwierzyniec i Kraków Kleparz-Łobzów.

Istnienie kręgu stanowiło pewną tajemnicę. Jego spotkania odbywały się rzadko, czasem w Krakowie, a najczęściej na obozach lub w zgrupowaniach obozów. Prawie zawsze organizowano je przy ognisku, gdzie przyjmowano też nowych członków, nadając im miana (imiona) puszczańskie. Ceremoniał był wzorowany na opisanym w książce pt. Lato leśnych ludzi M. Rodziewiczówny. Tego typu tradycje miały źródło w harcerstwie międzywojennym. Przyjęcie do kręgu było ważnym wyróżnieniem, niejako „wyzwoleniem” na mistrza w instruktorskim fachu. Przyjmowano tylko takich instruktorów, których postawa harcerska nie budziła wątpliwości.

Jak wiadomo, działalność ta ograniczyła się tylko do kilku szczepów, a zakończyła się już po zmianie dzielnic i reorganizacji hufców krakowskich nagraniem jednego ze spotkań przez służbę bezpieczeństwa, a następnie „dekonspiracją” i formalnym rozwiązaniem kręgu przez władze harcerskie. Całe zainteresowanie się Kręgiem przez SB okazało się mocno przesadzone i w gruncie rzeczy bezsensowne, a przysłowiowa góra urodziła mysz.

Cała sprawa rozpoczęła się z początku 1973 roku i wówczas władze ujawniły swoje zainteresowanie działalnością Kręgu. Ponieważ przynależność do niego podciągnięto pod „działalność antypaństwową” i „przynależność do nielegalnej organizacji” zaczęły się przesłuchania. Byliśmy jednak bardzo zgranym zespołem i kolejni przesłuchiwani, nie pomni zakazów, natychmiast dzielili się swoimi wrażeniami z pozostałymi, którzy jeszcze nie byli „zaproszeni” do instytucji mieszczącej się przy ulicy 18-go Stycznia 2 (prawie naprzeciw kina „Wolność”). Stąd krążył wtedy dowcip: „Co to jest wolność?” – „Kino naprzeciw UB!”

Przesłuchiwania trwały już chyba kilka tygodni, a ponieważ wezwanie długo nie przychodziło do mnie, zdawałem sobie sprawę, że znalazłem się w wyjątkowo korzystnej sytuacji. Wiedziałem doskonale co „smutni panowie” wiedzą i czemu nie warto zaprzeczać, a poinstruowany przez poprzedników posiadłem wiedzę, jak się u nich zachować. Brak wezwania odbierałem także z niejaką ulgą – może zrezygnowali z wzywania mnie? Z drugiej strony zdawałem sobie sprawę, że jeżeli mnie całkiem pominą, to będę się czuł „zlekceważony” i niedoceniony w porównaniu z innymi członkami Kręgu. Może wydawać się to dziwne, że całą sprawę traktowałem dość lekko. W końcu zdawałem sobie sprawę z tego, że nie są to lata stalinowskie, kiedy stosowano tortury, więźniowie siedzieli bez wyroków, a w sfingowanych procesach orzekano surowe kary. Uważałem, że cała sprawa skończy się na pogróżkach, ostrzeżeniach i ew. zakazie działania Kręgu „Czarnego Dębu” w przyszłości. Wiedziałem oczywiście że w „rozmowie” z nimi nie należy być nonszalanckim, bo to może ich po prostu po ludzku zdenerwować i mogą starać się specjalnie dokuczyć takiemu delikwentowi.

Pewnego dnia rano wyjąłem ze skrzynki wezwanie do gmachu mieszczącego się na rogu placu Wolności (obecnie pl. Inwalidów) i ulicy 18-go Stycznia (obecnie ul. Królewska) na ten sam dzień na godzinę bodajże dwunastą. Pomyślałem sobie, że gdybym nie chciał tam iść w tym dniu, to miałbym świetny pozór, że znalazłem je w skrzynce dopiero po południu. Wezwanie to nie zrobiło na mnie specjalnego wrażenia. Natomiast przez to że znajdę się w gronie przesłuchiwanych (widać mnie władza doceniła), od razu poczułem się „dowartościowany” – bądź co bądź znalazłem w dość wąskim i elitarnym gronie. A ponieważ od rana miałem świetny nastrój, uważałem, że jest to odpowiedni dzień na załatwienie tej sprawy i postanowiłem iść od razu.

O wyznaczonej porze zameldowałem się na portierni. Wartownik wykonał telefon, po którym z góry zeszedł jakiś człowiek, który zaprowadził mnie do pokoju na piętrze. Tam przyszedł młody człowiek, mniej więcej w moim wieku (miałem wówczas 26 lat) i rozpoczęła się taka dość luźna rozmowa o harcerstwie. Powiedział mi, że jest instruktorem harcerskim z Kielc i dlatego rozmowa szybko przeszła na organizowany od kilku lat Harcerski Rajd Świętokrzyski, w którym zresztą jako w jednym z niewielu organizowanych w tym czasie harcerskich rajdów turystycznych miałem ochotę wziąć udział. Zachęcał mnie zresztą do tego. Doszedłem do wniosku, że celem tej wymiany zdań jest takie ogólne rozpoznanie „mojej osoby”. Taka „zasłona dymna” zanim przejdzie się do meritum sprawy.

Oczywiście był tylko wstęp. Chyba co najmniej po jakiejś godzinie tych konwersacji wyszedł z pokoju, a po chwili przyszedł na jego miejsce funkcjonariusz, także w cywilu, w wieku tak ponad 40 lat (ktoś, kto zaglądnął w pewnej chwili do pokoju, zwrócił się do niego „panie majorze”). I ten zaczął ze mną rozmowę na poważnie. Pytał o wiele szczegółów naszej działalności oraz o osoby należące do kręgu. Jak już wspomniałem wiedziałem doskonale, co „smutni panowie” wiedzą i czemu nie warto zaprzeczać, dlatego rozmowa toczyła się dość gładko i raczej bez przeszkód. W polemice z nim nie starałem się wybielić, szczególnie że uważałem że nie ma z czego, ale przede wszystkim uzasadnić mu, że celem pracy Kręgu było kultywowanie tradycji harcerskiej, a nie działalność wywrotowa i antypaństwowa.

Po dłuższej rozmowie mój interlokutor powiedział, że zostanę zwolniony, jeżeli napiszę oświadczenie, w którym zobowiążę się nie wstępować do żadnej nielegalnej organizacji. Odpowiedziałem mu, że takiego oświadczenia nie napiszę, gdyż byłoby to pośrednim stwierdzeniem, że do tego rodzaju organizacji należałem, a to jest nieprawda. Na to odpowiedział mi, że Krąg nasz miał cechy nielegalnej organizacji, bo do niego np. nie przyjmowano instruktorów, którzy byli członkami partii. Nie zgodziłem się z nim i stwierdziłem, że to była tylko forma legalnej pracy harcerskiej, a w Kręgu było kilku instruktorów – członków PZPR. Na to w dłuższym wywodzie uzasadnił mi swoje stanowisko. Odpowiedziałem mu, że rozumiem jego racje, ale się z nimi nie zgadzam.

Spytał ponownie, czy podpiszę rzeczone oświadczenie. Odmówiłem i po nowej kilkudziesięciominutowej polemice doszliśmy znów do punktu wyjścia. Wspomniałem przy tym, że jak można mówić o konspiracji, jeżeli o istnieniu Kręgu wiedzieli kolejni komendanci hufca, a niektórzy z nich byli nawet jego członkami. Gdy na kolejną jego propozycję podpisania oświadczenia pod rygorem zatrzymania mnie na 48 godzin, znów zatoczyliśmy w dyskusji takie koło, zaczął mnie brać pusty śmiech. Oczywiście zachowywałem powagę, ale rozumiałem, że znaleźliśmy się w pewnego rodzaju klinczu i któryś z nas musi ustąpić.

Mój rozmówca, najwyraźniej chcąc wyjść z tej patowej sytuacji, zdecydował że zostawi mnie w tym pomieszczeniu pod „opieką” funkcjonariusza, żebym wszystko co powiedziałem obszernie opisał. Zostawił mi kilka kartek formatu A-4 i dał „anioła stróża” w postaci młodego może dwudziestoletniego człowieka. O ile pierwszy funkcjonariusz, z którym rozmawiałem, a którego nazwałem „instruktor” wyglądał na młodszego pracownika, to ten robił wrażenie co najwyżej praktykanta. Pisząc, po pewnym czasie, zadałem mu jakieś pytanie odnośnie zawartości tworzonego elaboratu i od razu zorientowałem się, że zupełnie nic nie wie o „mojej sprawie”. Zrozumiałem więc, że mogę pisać, co tylko zechcę, czyli oczywiście tylko to, co „smutni panowie” wiedzieli, zanim się u nich zjawiłem.

Po napisaniu przeze mnie tej wspaniałej pracy, pilnujący mnie funkcjonariusz sprawdził czy się pod nią podpisałem i wyprowadził mnie na zewnątrz budynku. Po przejściu obok portierni przepuścił mnie pierwszego i gdy wyszedłem z bramy i skręciłem w prawo, on wyszedł także i skwapliwie skręcił w lewo nie oglądając się za siebie. Rzuciłem okiem na zegarek – dochodziła godzina osiemnasta. Zająłem panom z SB sześć godzin ich cennego czasu, ale muszę przyznać, że i mnie nie pozwolili się nudzić.

Myślałem, że sprawa się na tym zakończy. Niestety. Szczep Lotniczy „Gwiaździstego Szlaku”, którego byłem komendantem, przygotowywał w tym czasie autokarowy obóz wędrowny do Bułgarii. W ostatniej chwili zabroniono wyjazdu kadrze obozu, traktując to jako karę za przynależność do rodziny puszczańskiej. Obóz więc się nie odbył. Natomiast kadra niedoszłego obozu pojechała na prywatną wędrówkę po górach Bułgarii. Można powiedzieć, że w ten sposób władza ukarała młodzież, która z kręgiem puszczańskim nie miała nic wspólnego. Ale tej władzy często zdarzało się popełniać błędy i to o wiele poważniejsze.

 


 

(Krakowski Rocznik Historii Harcerstwa, t. VI 2010, s. 58-61)  

Komentarze
Brak komentarzy. Może czas dodać swój?
Dodaj komentarz
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
6,715,244 unikalne wizyty