Luty 25 2020 16:28:23
Nawigacja
Logowanie
Nazwa użytkownika

Hasło



Nie masz jeszcze konta?
Zarejestruj się

Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło
Nawigacja
Artykuły » - Co mówią/piszą o żółtych chustach z szachownicami ? » 05. I wspomnień róż z ubiegłych lat ... (phm. Adam Rząsa)
05. I wspomnień róż z ubiegłych lat ... (phm. Adam Rząsa)

I wspomnień róż z ubiegłych lat ...

phm.(hm.) Adam Rząsa


Historia Tych spod znaku Lilijki Uskrzydlonej sięga 1931 roku i mimo, że loty Jej były różne - Ta 19-tka do dziś przetrwała i żyje.

Moje bliższe kontakty z jej instruktorami jak i całą bracią harcerską zaczęły się w 1963 roku na obozie w Gabomiu przez obozy w Wołosatym, Uściu Gorlickim i Dolinie Danielki. Na tych obozach można było widzieć - HARCERZY którzy "rozbijali obóz", stawiali namioty, urządzali ich wnętrza, budowali bramę, maszt, kuchnę, urządzenia sanitarne, dekorowali, strawę gotowali, załatwiali prowiant, prowadzili dokumentację - i wszystko sami !! A umundurowanie !?! i to nie na pokaz elegancko z fasonem. Dodać należy, że piosenka była razem z Nimi - i ta: która "umila robotę i tuli do snu" i "z fabryk na pola" i "harcerski krzyż" i była taka "że dziewczę ma jasne oczęta, sukienkę liliową jak bez i patr~y jak lecą Orlęta i pełne oczęta ma łez" ... i harcerskie i wojskowe i partyzanckie i cywilne. - Te piosenki długo pamiętam, bo one z nami przeżyły tyle lat...

W roku 1967 był zorganizowany obóz wędrowny "Czarnych Kotów" (tj. XIX Kręgu Instruktorów) którego trasa wiodła z Krakowa przez Budapeszt, Bukareszt, Sofię, nad Morze Czarne w Bułgarii. Obóz ten, którego zostałem komendantem trwał od 2-18. IX. 1967 r.

No i stało się - przyjąłem proporzec "Czarnych Kotów".

Początek już się zaczął źle. W pociągu po wyjeździe z Krakowa podczas sprawdzania czy wszyscy mają "wszystko", okazało się że jeden z uczestników zostawił w domu dowód osobisty. Decyzja była tylko jedna: proszę wysiadać z całym dobytkiem na najbliższej stacji, wracać najbliższym pociągiem do Krakowa, zabrać dowód osobisty i wracać do Budapesztu najbliższym pociągiem, a tam będzie ktoś na druha czekał.

Ten pierwszy przypadek szczęśliwie się zakończył, po 24-ch godzinach byliśmy razem.

Dalsza trasa pociągiem z Budapesztu przez Bukareszt, Sofię do Burgas, gdyż tu jest stacja końcowa kolei, a stąd autobusem, pieszo, statkiem do Słonecznego Brzegu drogą okrężną przez Sozopol, gdzie zatrzymaliśmy się przez kilka dni.

Ale dostać się autobusem z taką grupą i sprzętem - to niemożliwe. Okazało się, że z ludźmi, pracownikami tamtejszego PKS-u dało się załatwić.

Szczęśliwie .dotarliśmy do Słonecznego Brzegu i tu odpoczynek, kąpiel, słońce, zwiedzanie zabytków nad Morzem Czarnym i okolicy, a dodać trzeba, że w tym relaksie nic nam nie przeszkadzało i nawet to, że czasem na obiad było tylko po 5 (słownie: pięć) śliwek węgierek. Była wiara !!

Mimo ciężkiej sytuacji "finasowo-żywnościowej" lecz nie nasyceni przygód - przedłużamy obóz o 3 dni i ciągniemy do ostatka.

Aż wreszcie trzeba wracać bo urlopy się kończą i uczelnie czekają a fundusze znikają.

Nadchodzi dzień odjazdu i powrót do Warny wodolotem lub autobusem (tamtejszym PKS-em), a z Wamy pociągiem do Krakowa (bilet powrotny na pociąg z Warny do Krakowa mamy). I tu się zaczęło - wodolot nie kursuje (wysoka fala), na przystanku autobusy załadowane tylko "przelatują" a kierowcy rozkładają ręce. Żadnej nadziei. Pracownicy tam. Orbisu (balkan Tourist) proponują jedynie wynająć mały autobus (nasza Nysa) a koszty - drobnostka - jak za taksówkę.

Całą gotówkę od wszystkich zbieramy co do "stotinki" liczymy - o połowę za mało. Nas na to nie stać jadąc nawet o głodzie i chłodzie (nie było chłodno - był upał) Co począć? - czas ucieka. W pobliżu przystanek "baza" tamt. MKS-u, którego autobusy kursują w granicach kilkunastu kilometrów. Idę a raczej idziemy z kwatermistrzem do "budki" dyżurnego ruchu (dyżurnej bo była to niewiasta). Wypytuję - przedstawiam sprawę w języku międzynarodowym (nie esperanto!) i wreszcie fundujemy kawę z automatu (rujnujemy budżet o 60 stotinek - 3 x 20) i pani w czerwonej czapce obiecała, że - że może uda się jej "wytrącić" jeden autobus z kursu "miejskiego" i da go nam na trasę Słoneczny Brzeg - Warna tylko musi dobrać właściwego kierowcę i konduotorkę. Proszę czekać na przystanku - ja "doprowadzę" ten autobus.

Stoimy, czekamy z całym "uporządzeniem" a do nas dołączają inni (chętni przejazdu do Warny), Bułgarzy, Niemcy a nawet dwaj Polacy proszą na wszystkie świętości by ich zabrać bo muszą wykupić bilety z Warny do Polski - dla siebie i rodzin. Podjeżdża na przystanek autobus z panią dyżurną w drzwiach - woła mnie - przedstawia konduktorce i oddaje do mojej dyspozycji autobus. Udało się !
Lokuję Wiarę, dobieram Polaków, Niemców i paru Bułgarów (będzie taniej - bo każdy zapłaci) i odjazd ! Bogu dzięki ! Zdążymy na pociąg i na czas do Krakowa. Radość śpiew ... ten śpiew nad wszystkie śpiewy ... bo i termin załatwiony i w Warnie coś do "zjeścia" się kupi - a to cieszy.

Zapłaciliśmy za bilety - pani konduktorka z nami zadowolona. Ale? Autobus staje, kierowca wychodzi, ogląda motor, stuka, puka, odkręca,dokręca - pytam,może coś podać czy pomocy udzielić?

Nie - dalej nie jedziemy i naprawy nie da się zrobić na miejscu, wydukał kierowca. To już zwykła złośliwość rzeczy martwych - myślę co dalej? Pani konduktor po rozmowie z kierowcą, podała mi do wiadomości aby czekać, zaś ona załatwi inny autobus. Jaki? Stanęła na szosie, zatrzymała pierwszy samochód osobowy i pojechała do Słonecznego Brzegu. Kierowca powiedział mi, że po jego autobus przyjedzie ciągnik i odprowadzi do bazy ? a my pytam?

Stoimy w szczerym polu, słońce praży, w okolicy parę suchych krzewów, ziemia popękana, sucho, a niedaleko w dolinie lśni Morze Czarne. Brak wody, upał i głodni. Czuję na sobie ich pytający wzrok - co dalej komendancie? Cywile - co też widać, mają pretensje. Wszystko bajka, tylko co z terminem powrotu ? Cisza, nawet ruch na drodze mniejszy. Czuję się nieswojo, gdyż ja podjąłem ostateczną decyzję przedłużenia obozu o 3 dni, !

Co się dzieje? Przed zepsutym autobusem staje inny autobus, kierowca wychodzi rozmawia z "naszym" kierowcą - a ten kiwa po mnie ręką - podchodzę. Proszę się przenosić - mówi - ... wreszcie odjazd by tylko dojechać. W drodze kierowca coś tam wyjaśnia, opowiada, przeprasza - nigdzie nie przystaje. Milczę by nie zapeszyć i nawet na prśbę by zatrzymać się przy studni nie odpowiadam.

Wreszcie Warna stajemy niedaleko dworca, oddaję kierowcy plik biletów - dziękuje i oświadcza, że zaczeka i zabierze z powrotem Polaków którzy poszli po bilety kolejowe. "Manele" wyładowane, buzie uśmiechnięte - ja milczę dalej jakiś "dziwny". Wreszcie ktoś: ... ale przecież wyszło druhu komendancie, myśmy razem z druhem to przeżywali - rozumiemy - ważne, że już po, należy się odprężyć. Ja wierzyłem, że Oni ze mną to przeżywali, przecież to był zespół Instruktorów "Czarne Koty" z 19 KDHL.

I skończyło się szczęśliwie - a kwatermistrz: Tato na obiad! - dobrze, walimy.

(Z Monografii 50-lecia 19 KDL)


>>> fotogaleria XIX

670902-16

Komentarze
Brak komentarzy. Może czas dodać swój?
Dodaj komentarz
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
1,532,859 unikalne wizyty